Ostatnio się przeprowadzałam. Odnalazłam pudełko z kryształowymi kieliszkami . Dostałam je kilka lat temu na rocznicę ślubu. Piliśmy z nich może raz? Nie chciałam ich zbić, więc nie poszły do kartonów ze wszystkim…Efekt jest taki, że teraz piję z nich wodę codziennie, bo resztę szkła mam schowaną gdzieś głęboko. „Wielkich” chwil mogę nie doczekać, bo nikt nie obiecał, że jutro się obudzę… każdy dzień jest dla mnie czymś wielkim od teraz! Taka myśl przyszła mi po przeczytaniu tego tekstu…

„Mama odchodziła. W szafie wisiała jej czerwona sukienka, blizna pośród starych ubrań, które nosiła przez całe życie. Posłali po mnie. Gdy ujrzałam mamę, od razu wiedziałam, że to koniec. To wtedy zobaczyłam tę suknię.

– Mamo, ona jest taka śliczna… Nigdy Cię w niej nie widziałam.
– Bo nigdy jej nie włożyłam – odparła znużona.
– Usiądź, Millie. Zanim odejdę, chciałabym odwołać kilka lekcji, których ci udzieliłam. Jeżeli to w ogóle możliwe, Millie…

Usiadłam obok niej. Wzięła głęboki oddech.

– Teraz, gdy dotykam śmierci, dostrzegam więcej, niż kiedykolwiek przedtem… Tak… Uczyłam cię dobra, ale uczyłam cię źle…
– Co masz na myśli, mamo?

– Cóż, zawsze sądziłam, że dobra kobieta nigdy nie dopomina się o swoje, że stworzona jest, by służyć innym. Zrób to, zrób tamto, dbaj o potrzeby innych, a swoje pragnienia zachowaj na potem. Być może, któregoś dnia, przyjdzie i na nie kolej… To oczywista bzdura. Takie właśnie było moje życie, wciąż pamiętałam o twoim ojcu, chłopcach, twoich siostrach, o tobie…

– Robiłaś wszystko, co w twojej mocy, mamo.
– Oj, Millie, i na cóż to było? Wszystko dla innych… Nie rozumiesz? Uczyniłam wam rzecz najgorszą: nie prosiłam o nic dla siebie. – Twój ojciec jest w pokoju obok. Jest zdenerwowany, wpatruje się bezradnie w sufit. Gdy doktor mu powiedział o mnie, przyjął to strasznie. Przyszedł do mnie i niemal wydarł ze mnie resztki życia.

– Nie masz prawa umrzeć, słyszysz!!! Co będzie ze mną???
– „Co będzie ze mną” – jeszcze nie raz to usłyszysz, gdy umrę. Millie, on nawet nie wie, gdzie trzymamy patelnię…

A dla was, dzieciaki… Wciąż byłam na zawołanie, zawsze pierwsza na nogach, ostatnia szłam spać, tak przez siedem dni w tygodniu. To ja zawsze jadłam spalone tosty i najmniejszy kawałek ciasta… Patrzę teraz na twoich braci i gdy widzę, jak oni traktują swoje żony, robi mi się niedobrze…

To ja ich tego nauczyłam, a oni byli pojętnymi uczniami. Każdy grosz przeznaczałam na wasze ubrania, wasze książki, nawet jeśli nie było takiej potrzeby. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wybrała się do miasta, by kupić coś pięknego dla siebie. No, może poza tamtym razem, gdy kupiłam tę czerwoną sukienkę.

Zaoszczędziłam 20 dolarów i miałam nimi zapłacić za zmywarkę, jednak tak się złożyło, że wróciłam do domu z tym dużym pudełkiem… Ale mi się oberwało od twojego ojca! „A gdzie ty chcesz to niby włożyć? Wybierasz się do opery czy co?” Miał rację. Nigdy jej nie założyłam, tylko ten jeden raz, gdy przymierzałam ją w sklepie. Och, Millie, gdybym jakimś cudem mogła pokonać tę chorobę, zobaczyłabyś zupełnie inną matkę. Tyle czasu nie brałam nic dla siebie… Nie wiedziałabym chyba, jak się do tego zabrać, ale nauczyłabym się, Millie, nauczyłabym się.

Mama umierała. W szafie wisiała jej czerwona sukienka, blizna pośród starych ubrań, które nosiła przez całe życie.
W ostatnich słowach mama prosiła mnie:

– Wyświadcz mi przysługę, Millie, i nie idź moimi śladami. Obiecaj mi to.
Obiecałam.
Wzięła głęboki oddech. Po raz pierwszy wzięła coś dla siebie. Swój okruch śmierci.”
-Kathleen Collinson-

suknia projekt – Wared Yarbou Echtay królowa design
http://www.wardi.pl/
Kiedy przeczytałam ten fragment, natychmiast jej czerwona suknia stanęła mi przed oczami i moje kryształowe kieliszki…