„Żałuję, że z pasji zrobiłam pracę” powiedziała ona. Moje serce zabolało. Jak to? Przecież tyle się mówi, że praca z pasji to coś pięknego. Nie będziesz nigdy pracować, kiedy kochasz, to co robisz. I tu nagle taki strzał. Co poszło nie tak? Gdzie obiecanie niebo? Miało być tak pięknie.

Spełnienie marzeń. Własna firma. Ucieczka od etatu i głupiego szefa. Po fazie euforii i entuzjazmu przyszła szara rzeczywistość. Radość z czegoś własnego zamieniła się w zmęczenie i frustrację. Marzenia o wolności czasu zaczęły  marnieć. W głowie pojawia się pytanie „i po co zrobiłem z pasji biznes?” Okazuje się, że Twój biznes, to nie żaden biznes. To tylko miejsce, w którym pracujesz i to jeszcze więcej niż  kiedykolwiek wcześniej.

Zaczyna się tragedia. Własna firma, która miała Ciebie uwolnić od wad pracy dla kogoś, zniewoliła Ciebie. Jak to przebiegało? Widzisz młodą osobę, która jest specjalistą w swoim fachu. Młody specjalista w swoim fachu zakłada firmę. Widzisz jak młody specjalista zamienia się w starego, przemęczonego życiem człowieka. Praca, która wcześniej sprawiała  radość, staje się rutyną i przykrym obowiązkiem.

Trzeba użerać się z dziesiątkami, a czasem tysiącami klientów, którzy mają irytujące oczekiwania.

Jesteś tak dobrym specjalistą, że Klienci chcą tylko Twojej obsługi. Kiedy „postawisz” pracownika – przestają przychodzić. Co za tym idzie, trzeba pracować znacznie dłużej niż na etacie, by w ogóle „wyjść na swoje”. Można zapomnieć o urlopie. To smutny standard u wielu przedsiębiorców. „Nie byłem na urlopie od trzech lat” licytują się między sobą – tylko po co? Zwykłe przeziębienie oznacza niezrealizowane projekty i brak zarobku. Wizja ZUS dla siebie i pracowników zaczyna mocno uwierać podczas bezsennych nocy. Do tego dochodzi cała masa innych zadań typu: promowanie firmy, szukanie klientów, księgowość, ustalenie cenników, urzędy, pozwolenia, spotkania, walka z konkurencją, rekrutacja, tysiące problemów pracowników… i dopisz co jeszcze przyziemnego, czego nie wymieniłam a Ciebie powoli zabija.

Doba pozostaje taka sama. Rodzina też chce mieć czas wspólny. No i jeszcze zdrowie też się upomina o uwagę, kiedy rośnie brzuch a kręgosłup łupie niemiłosiernie. W głowie dudni „ratunkuuu, moja firma mnie przytłacza”.  Gdzie tkwi błąd? Albo czy w ogóle jest możliwe, żeby prowadzić firmę, która daje wszystko, czego chcemy, nie wymaga ciągłej obecności i umożliwia harmonię  życiową? Wierzę i wiem, że można. Widzę to po efektach pracy z moimi Klientami. Jak im pomagam – sprawdź tutaj.